Szukaj na blogu

Ładowanie...

piątek, 25 lipca 2014

Medytować czy nie medytować - oto jest pytanie

Gdy piszę teksty na temat pozytywnego myślenia (ogólnie wrzucając je do wora z takim przekazem/o takiej tematyce), często wspominam o medytacji jako o możliwości polepszania swojego życia. Medytacja nie jest mi obca, ponieważ może przebiegać na różne sposoby. Na pewno pewnym rodzajem medytacji jest moje pisanie listy wdzięczności. Wówczas koncentruję się tylko na tej czynności, nie zaprzątam sobie głowy innymi sprawami. Lista wdzięczności przeobraziła się jednak z listy wymienianych przeze mnie podziękowań w teksty, czasem kilkustronicowe, w których piszę ogólnie o swoim życiu w samych superlatywach. Jest to moim pomysłem na pracę nad sobą. Wzbudzanie takiego dobrego nastawienia po pierwsze przyciąga sprzyjające mi sytuacje, ludzi, po drugie tworzy we mnie ufność, przekonanie o tym, że wszystko jest dobrze, i wreszcie po trzecie cały dzień mija mi spokojnie. Bo na spokoju zależy mi najbardziej.
Wracając jednak do medytacji, to chcę pójść o krok w przód. Polecane mi to było już dawno temu, jednak ja ciągle wypierałam taką formę relaksu, a bo nie umiem się skupić, a bo myśli bombardują moją głowę cały czas, a bo coś. Ciągle coś. Dziś dojrzałam do tego, by przez kolejnych 7 dni poświęcać 10 minut na wyciszenie. Pomyślałam, że 10 minut to tak naprawdę bardzo mało, wytrzymam. A bardzo chcę się przekonać, czy medytacja zadziała u mnie, a jeśli tak, to jakie rezultaty otrzymam.
Mp3 z próbką medytacji Omisica pobrałam już bardzo dawno temu, ojej nawet nie pamiętam, kiedy to było. Do tej pory słuchałam jej od czasu do czasu, jednak nie tak jak należy. A powinnam założyć słuchawki, usiąść wyprostowana i dać sobie te dokładnie 9 min 58 s na wsłuchanie w siebie. Od dziś tak właśnie będę robić. Jednak rozszerzę to do minut 20. Pierwsze 10 będzie tylko dla mnie ze słuchawkami, drugie 10 będzie z głośników dla mojej Dziewczynki. A co, może na Nią to też dobrze zadziała. Na pewno nie zaszkodzi. Co do Omisica, to w ogóle chciałabym polecić Wam ich fanpage i witrynę internetową. Ja osobiście odnajduję tam mnóstwo potrzebnych mi treści. Nie mam w zwyczaju dołować się czytaniem smutnych informacji, dlatego gdy Ktoś codziennie czyta wiadomości o wojnie, wypadkach, utonięciach, korupcji, ja wybieram treści, które poprawiają mi nastrój. Dlatego kompletnie nie jestem zorientowana, co się dzieje na świecie, ani nawet w kraju. Takie zachowanie spotyka się często z ogromną krytyką, jak to można się nie interesować, przecież trzeba być na bieżąco z aktualnościami. Ale mnie to naprawdę guzik obchodzi. Nie jest mi to potrzebne. Nie mam potrzeby uczestniczenia w tej społecznej psychozie, w której ludzie zamiast pracować nad sobą, dbać o siebie, pielęgnować własne ja, epatują się negatywnymi informacjami, które wzbudzają tylko i wyłącznie złe emocje. Ja mam o czym rozmawiać z ludźmi, nie potrzebuję szukać tematów w mediach. Omsica dodaje bardzo pomocne w rozwijaniu siebie artykuły, nie są długie, ale treściwe. Na facebooku dzielą się motywatorami z mądrymi cytatami. Lubię to. Polecam.
Po co mi ta medytacja? Otóż jak już wspomniałam zależy mi bardzo na spokoju. Takiej harmonii wewnętrznej. Zdarza mi się nie panować nad emocjami, wybuchać i uziemiać się w bardzo negatywnym sensie. Przyczyny znam, a to już bardzo dużo. Jednak za mało, by coś zmieniać. Bez tej wiedzy, zachodziłabym w głowę, dlaczego tak się dzieje i traciłabym na to zdecydowanie za dużo energii. Dlatego znając przyczynę mogę działać. No i nie mogę zapomnieć o chęciach – to podstawa czegokolwiek. Zatem jestem w całkiem dobrym położeniu – znam przyczynę, mam chęci do działania i działam. Ale jak owe przyczyny poznać? Trzeba dobrze obserwować siebie, analizować sytuacje, wyciągać wnioski. Ja otrzymałam pomoc, bo o nią prosiłam. Tak to już jest, że trzeba głośno mówić o swoich potrzebach, a te w odpowiednim czasie i formie są zaspokajane. Kontaktem mogę się podzielić. 
Ten tekst miał być o medytacji z Omsicą. I trochę jest. Jednak wolałabym, żeby bardziej jego puentą było to, aby robić coś ze swoim życiem. Dzisiaj wszystko jest bardzo pokręcone, wszystko opiera się na pieniądzach. Jednak pieniądz sam w sobie nie jest zły. Po pierwsze żyjemy w świecie, w którym ktoś kiedyś wymyślił pieniądz jako środek wymiany i tak też najlepiej byłoby go traktować. Wielcy nauczyciele tego świata nie byli i nie są biedakami, bo dobrobyt się należy każdemu z nas. I oni o tym mówią i przekazują dalej jak do swojego życia przyciągają obfitość, jednak ludzie nie słyszą słuchając. Nie chowają tej wiedzy dla siebie, dzielą się nią. Pieniędzy nie można demonizować, to energia jak wszystko inne, dlatego każdy za swoją pracę, usługę ma prawo otrzymać godziwe wynagrodzenie. Ludzie, którzy ciągle narzekają na „niepomyślność losu” przyciągają problemy i niedostatek do swojego życia jeszcze bardziej. Piszę o tym dlatego, że Omsica poza próbką bezpłatną, sprzedaje również muzykę medytacyjną w rozszerzonej wersji. I to nic złego. Twórcy doskonale znają jedno z praw obfitości, które mówi o tym, że aby przyciągać do swojego życia dobrobyt materialny, należy zachować równowagę pomiędzy dawaniem i braniem. I ja osobiście znam takich ludzi, którzy dysponując dużo większymi od przeciętnych finansami, dzielą się z innymi, pomagają, dają duże napiwki kelnerom, nie upominają się o rabaty. Bardzo fajnym ćwiczeniem na czakrę serca jest to, by wziąć pod lupę wszystkie rzeczy, które ma się w posiadaniu. Przeanalizować, czego ma się w nadmiarze. Na przykład w szafie jest mnóstwo ubrań, w których się nie chodzi, na półkach stoją książki, których się już nie będzie czytać, płyty, które Ci się znudziły, bibeloty, które tylko się kurzą… itd. To, co jest Ci niepotrzebne podaruj Osobie, której się to przyda. Ale bezinteresownie. Nie dlatego, że oczekujesz otrzymać coś w zamian, ale po prostu, by sprawić przyjemność drugiemu człowiekowi i sobie zarazem, bo obdarowywanie daje o niebo więcej radości niż branie. 
„Robienie czegoś” ze swoim życiem jest poświęceniem przede wszystkim sobie uwagi. To nie jest egoizm. Owszem jesteśmy połączeni ze sobą i każde nasze zachowanie wpływa na cały świat, ale mimo wszystko każdy z nas jest osobną jednostką, która na pierwszym planie powinna mieć właśnie siebie. Nikt za nas życia nie przeżyje, nie rozwiąże naszych problemów, nie zadba o nas, jeśli my sami tego nie zrobimy. Czasem mówimy: „nie denerwuj mnie”, a to głupotą jest kompletną, bo nikt nie może nas zdenerwować, jeśli my sami sobie na nerwy nie pozwolimy. Albo obwiniamy kogoś innego za swoje niepowodzenia, a to nikt inny jak właśnie my tak życie sobie układamy, że owe niepowodzenia na siebie ściągamy. Nie ma jednej recepty na to, by w życiu wszystko szło zgodnie z naszym widzimisię w danym momencie. Na nasz los wpływają różne czynniki, jak karma, jak styl życia, jak ludzie, z którymi żyjemy. Jest prawo przyczyny i skutku i ono nieustannie pracuje. Czasem skutek jest od razu, czasem pojawia się po długim czasie. Dlatego należy nieustannie być czujnym, być sobą w danym momencie i mieć świadomość tego, że nic nie dzieje ot tak, znienacka. Każdy sam jest odpowiedzialny za swoje życie. Można jednak nim kierować, można polepszać siebie, rozwijać się, dążyć do wszystkiego, co najlepsze.
Trochę rozpisałam się na tematy, których w planie kompletnie nie było. Ba, nawet planu jako tako nie było. Ale jest tekst.
Podsumowując, życzę Wszystkim, dbania o siebie na płaszczyźnie duchowej, bo poznawanie siebie jest niezwykle fascynujące.
https://www.facebook.com/OmsicaPoland?fref=ts
http://www.omsica.pl/blog/medytacja-a-halas/
https://www.facebook.com/OmsicaPoland

wtorek, 1 lipca 2014

Uśmiechnij się!

Olej kokosowy do zgarnięcia :) Proste zasady - świetny upominek :)

Powodzenia!

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kilka słów od ciężarówki, czyli garść refleksji po 6 miesiącach

Mój brzuch jest z każdym dniem coraz większy. Nie maleje, a rośnie. Wiem, że gdyby malał, byłoby to wbrew prawom natury, fizjologii i w ogóle ciąży jako takiej. Jednak każdego dnia patrząc na niego nie mogę wyjść z podziwu, cóż to za zmiany w moim organizmie zaszły i wciąż nowe zachodzą. Zwłaszcza, gdy widzę jak mój brzuch się rusza, niby sam od siebie, a jednak, to ten mały Człowiek bezimienny w środku się wierci, kręci i przewraca. I to jest fajne, nawet bardzo fajne. Wtedy czuję, że dobrze jest być kobietą i móc to przeżywać. Do tej pory brzuch mój nigdy nie rósł, nawet gdy tego chciałam. Chyba, że zjadłam zbyt duży obiad z obżarstwa rzecz jasna, wówczas się delikatnie zaokrąglał. Poza tymi przypadkami zawsze był wręcz chudy i stąd pewna Koleżanka nazywa mnie "chudą". Teraz leżąc (ba nawet stojąc) nie widzę swoich nóg, no może hen daleko wystają różowe/czerwone paznokcie, ale to nie to samo. Dołu brzucha też nie widzę.
Jestem bardzo senna i głodna na przemian. Mogłabym spać całymi dniami, a raczej tkwić w takiej drzemce: niby czuwam, ale nie rejestruję tego, że Mąż pranie robi czy naczynia zmywa. Mówi „nie śpij, nie wchodź pod kołdrę, bo zaśniesz”, po czym układa mnie wygodnie do kolejnej drzemki. I to jest fajne po raz drugi. Wsparcie i opieka są bezcenne. Zwłaszcza, gdy herbatkę trzeba zaparzyć, brodzik wyczyścić czy pościelić łóżko. Taki to jest precyzyjnie obmyślony plan, że każdy ma swoje zadania od samego początku, i kobieta i mężczyzna, i cudnie, gdy oboje chcą i potrafią się w swoje zadania wczuć. My tak mamy. Dzięki. Proszę o więcej.

Poza brzuchem urósł mi tylko biust, ten to dopiero wymknął się spod kontroli. Jak zwariowany, nie zważając na nic, rósł i rósł i rósł. Za szybko, to też go dopadły rozstępy, najpierw czerwone, teraz wyblakłe w kolorze skóry. Próbuję z nimi walczyć, a raczej zapanować nad nimi, co by się wygładziły i mniej widoczne stały. To jednak nie jest takie proste. Robię bardzo delikatne peelingi z sody i oleju kokosowego, smaruję się solarisem z Dr. Nona, pewnie trochę pomagają, ale jak to wyczytałam "od stania na półce kremów rozstępy nie znikną", a ja z systematycznością mam problemy. Nie od dziś, jak wszem i wobec wiadomo.

Zgadnijcie, o czym myślę po przebudzeniu, nie ważne, o której godzinie, czy to 3 w nocy, czy 8 rano, czy 17 po południu. O jedzeniu. Jeść, jeść, jeść. I jem. Ale nie tyję – zaznaczam po raz drugi, tym razem dobitniej. Chociaż kobity ostrzegają, że teraz przybieranie na wadze się zacznie. Teraz, to jest 7 miesiąc się zbliża. A ja sobie w duchu myślę ”zajmij się babo swoją tuszą”. Nie ma to jak wylewność tych, co już rodziły. Nie żebym je pytała, jak to u nich było, one same wszystko jak na spowiedzi mówią. Wkopuję się pytaniem jednym, a mianowicie, gdzie rodziły i czy były zadowolone. 2 pytania, fakt, ale w jednym zawarte. No i się zaczyna. A ja pytam: po co? A ładnie to tak straszyć? Jak można zapomnieć o najprostszej na świecie rzeczy – tym, że każda kobieta jest inna! Jedna rodzi 30 minut, inna 10 godzin. Nie ma reguły żadnej, ale to absolutnie żadnej. I ja nie chcę tego wszystkiego wiedzieć. Ani ja nie chcę słuchać o przypadkach skomplikowanych ani żadna inna ciężarna tego nie chce, bo też po co wzbudzać w sobie złe emocje, czyli strach i lęk (które i tak już wystarczająco mocno wpisują się w stan społecznej psychozy). No chyba, że o słuchaniu ładnych historii mowa, przyjemnych, dających powera – o tak, o te prosimy jak najbardziej. Gdy będę potrzebować wskazówek/opinii/porad, zapytam o to najbliższych mi Kobiet, czyli Mamy i Siostry. Żadna inna wiedza nie jest mi potrzebna. Też nie należę do kobiet, które by siedziały non stop w necie i przeszukiwały portale tudzież lepiej – fora w celu zdobycia informacji. Mam 2 książki: „W głębi kontinuum” i „Poradnik dla zielonych rodziców”. To wszystko. Obie sprowadzają się do jednej nieprzerwanie prawdziwej myśli od zarania dziejów – słuchaj kobieto tylko siebie, swojej intuicji, swojego instynktu, to najlepsze, co dla siebie możesz zrobić. Nastawiajmy się na to, że wszystko będzie dobrze, myślmy pozytywnie, uśmiechajmy się do siebie i do ludzi i do brzucha, nie my pierwsze i nie ostatnie. Wszystko jest tak jak ma być. Aplauz i zaakceptowanie.

Wrócę jeszcze w kilku słowach do kwestii jeść, jeść, jeść. Ja jem dosyć dużo i menu mam urozmaicone, dużo świeżych warzyw, dużo owoców, ale mimo to mam niedobory żelaza. Nie żebym coś mówiła nie tak a propos diety wege w ciąży, to po prostu uroda mojego organizmu - tendencje wątroby do przechwytywania żelaza i nie wypuszczania, kiedy trzeba. Zawsze tak miałam. Sprawdzałam też D3. I powiem Wam, że bieda z nędzą. Mam niecałe 16 jednostek przy normie >30. Suplementacja konieczna! I nie da się tego niczym zastąpić, nie da się też całymi dniami leżeć nago na słońcu. Polecam, Drogie Ciężarówki, sprawdzić poziom tej witaminy, bo Ona może osłabiać i na wspomnianą senność wpływać. Z resztą Pepsi dużo mądrości na ten temat napisała. Polecam. Mając do wyboru własne etyczne przekonania, a dobro i zdrowie mojego za 3 miesiące rodzącego się Dziecka, wybieram to drugie. Są sprawy ważne i ważniejsze. Jest miłość i jest Miłość bezwarunkowa.

A tak poza tym, to wszystko git fasola. Pozdro 600. Życzę podejmowania właściwych decyzji i samych dobroci na codzień i reeelaksu Aloha.


I może też trochę wylewnie piszę, ale jakoś tak zaistniała we mnie taka potrzeba. Masz wybór, nie musisz czytać – choć to chyba powinnam na początku napisać? ;)

środa, 30 kwietnia 2014

Kosmetyczka Lydy

Odkąd uświadomiłam sobie kilka ważnych spraw związanych z naszym zdrowiem ogólnie pojętym, ograniczyłam używanie wszelkich chemicznych środków w domu. Właściwie, to praktycznie zrezygnowałam z wszystkiego, co dalekie od natury. Czasem mam małe potknięcia, ale się poprawiam ;) mogę zawsze się jakoś usprawiedliwić. Dziś chciałabym napisać o kosmetykach, których używam. Nie jest ich dużo, uprzedzam od razu. Jednak w zupełności mi wystarczają. 

WODA RÓŻANA

Kupiłam ją od Sprzedawcy pochodzącego z Azerbejdżanu. Prowadzi sklep z tureckimi wynalazkami w Warszawie. Od zawsze wiedziałam, że olejki różane, kremy z wyciągiem z róży to samo dobro dla naszej skóry. Zwłaszcza tej suchej i dojrzałej.  Jako, że moja jest sucha, to zawsze takie kosmetyki się sprawdzały. Wodę kupiłam, bo… zakochałam się w jej zapachu. Odkręcam zakrętkę, a z buteleczki wydobywa się niesamowicie przyjemny zapach róż… Szybko się okazało, że zakup był strzałem w dziesiątkę. Woda zmywa makijaż (nie do końca, poprawiam olejem kokosowym), a do tego nawilża skórę, nadaje jej takiej gładkości. Jako tonik – 5+. Dam Wam znać, czy na kolejnych targach w galerii M1 znów zaszczyci nas swoją obecnością.

Cena 8 zł/250 ml

OLEJ KOKOSOWY


Mistrz. Uwielbiam. I na tym mogłabym zakończyć wątek. Jako balsam – jestem na tak. Jako krem do twarzy – jestem na tak. Jako mleczko do demakijażu (dodatkowo jednocześnie natłuszcza skórę) – jestem na tak. Używam od jakiegoś czasu dwuskładnikowej pasty do zębów: olej kokosowy + soda oczyszczona. Zapytacie o proporcje? Sama próbowałam wyszukać czegoś więcej na ten temat w Internecie. Zaufałam jednak intuicji i proporcje były na oko. Jak zawsze. Gdy gotuję, kaszę, ryż, fasolkę, to zawsze na oko. Nie wiem jak można być tak dokładnym, by z zegarkiem gotować jaglaną i odmierzać tę jedną szklankę kaszy i 2 szklanki wody… A tak na marginesie, wiecie o tym, że jeśli kaszy jaglanej nie mieszacie w trakcie gotowania, to się nie przypala w garnku? Nie wierzyłam, przetestowałam, działa. Wracając do tematu, pasta do zębów spisuje się rewelacyjnie. Jest słonawa, ale mi to kompletnie nie przeszkadza, najważniejsze, że czyści zęby, a dodatkowo wybiela i zabija bakterie. Dla spragnionych miętowej świeżości, polecam olejki eteryczne. Kilka kropli i gotowe. Co kilka dni, gdy mi się zatęskni za zwykłą pastą, która w moim przypadku też w sumie zwykłą nie jest, bo nie ma fluoru, to myję nią, a co. Tej samej pasty z oleju i sody używam jako dezodorantu. Po kąpieli smaruję się gdzie trzeba i też działa ;) niezły bajer, nie? Mała uwaga: lepiej się ta metoda sprawdza, gdy mamy luźne t-shirty, bluzki nietoperze czy topy – odsłonięte ramiona. Przy obcisłych bluzkach taki deo wypada ciut gorzej. Zobaczymy, jak będzie się zachowywał w lato. Warto jeszcze zwrócić uwagę na to, że ciało ciężarówki zachowuje się inaczej i może mieć inne potrzeby niż ciało kobiety-nie ciężarówki. Dezodoranty BIO nigdy nie zdawały egzaminu i po każdej próbie wracałam do tradycyjnych. W ciąży jednak chcę jak najbardziej ograniczyć wszystko, co mogłoby mi zaszkodzić, a aluminium zdecydowanie do takich substancji należy. Spróbujcie koniecznie! Mamy nawet w MELASIE takie małe oleje 100 ml, które na początek będą ilością bezpieczną ;) jeśli boicie się, że nie zużyjecie większego. Choć zapewniam, że olej kokosowy ma milion zastosowań i milion wartości, że nie sposób nawet wszystkich wymienić… Zakochacie się tak jak i ja.

Olej kokosowy pachnący COCO FARM – cena 21,90 zł/300 ml
Pasta do zębów NEOBIO – cena 9,90 zł/75 ml lub
Urtekram zielona herbata – cena 17,40 zł/75 ml

BALSAM SOLARIS

W ciąży konieczność, jeśli chce się zapobiec rozstępom. Solaris ma fantastyczne działanie regenerujące skórę. Lekko wysusza, a dla mnie to jest niewskazane, więc smaruje nim tylko miejsca na rozstępy narażone: brzuch, piersi, boczki i pośladki ;) Solaris odkryłam dawno temu, był to pierwszy produkt z Dr. Nona, który sobie kupiłam. Ależ byłam zachwycona… I jestem do dziś. Solaris ma naturalne filtry ochronne przed słońcem, więc tak na co dzień nie będę musiała w lato stosować żadnych dziadowskich kremów z niby-filtrami. Ponadto w ogóle jako krem na twarz na dzień u mnie się dobrze sprawdza. Łagodzi różne podrażnienia, gdy mam jakąś rankę, to smaruję ją dookoła – pomaga. Jest bezpiecznym kosmetykiem również dla malutkich dzieci. Jego niezaprzeczalnym atutem jest wydajność – wystarcza na bardzo długo, zwłaszcza gdy przed nakładaniem psikamy ciało wodą wymieszaną z solą Dr. Nona. Uwaga: stosować dzień w dzień, regularność to klucz do tego, by rozstępy się nie zrobiły.

Balsam Solaris Dr. Nona - cena 156 zł/250 ml

P.S. Można wypróbować 4 kremy z Dr. Nona, kupując zestaw próbek. Cena to 55 zł za 4 sztuki: Balsam Solaris, Krem pod oczy, Balsam dynamiczny (mój ukochany), Krem do rąk i paznokci. Kupujemy od czasu do czasu taki zestaw z Rudą i dzielimy się kremikami. Napisałam, że Dynamiczny to mój ulubiony, ponieważ baaardzo mocno nawilża skórę i działa przeciwbólowo – ratuje mnie, gdy mam bóle głowy.

BALSAM DO CIAŁA


Solaris, jak dla mnie, do całego się nie nadaje, więc wspomagam się innym balsamem. Najbardziej lubię Balsam tonizujący z Dr. Nona, ale ostatnio w hurtowni go nie było. Znalazłam jednak coś innego. Co prawda nie ma atestu BIO (te z Nona też nie mają, ale gdy się raz spróbuje tych kosmetyków, to chce się więcej – serio), ale składniki uważam za bardzo OK. Opisany jest jako pielęgnujący, nadający elastyczność i gładkość, dobrze nawilżający. No i może rzeczywiście nawilża, ale przy jego płynnej konsystencji momentalnie się wchłania. Ma przyjemny zapach. Wykorzystam go do końca, na pół z Jarkiem, bo On się też smaruje ;) ale drugi raz go nie kupię. Lubię być zachwycona. A on mnie nie urzeka wystarczająco. Może u kogoś innego się lepiej sprawdzi. Mojej skórze on po prostu nie wystarcza.
P.S. Gdzie inny kosmetyk nie daje rady, tam baba używa oleju kokosowego.

Balsam do ciała NEOBIO z aloesem i jagodami acai – cena 20 zł/250 ml

KREM DO RĄK

Teraz już mniej, ale w ziemie mam ciągle przesuszoną skórę rąk. Czasem aż taka twarda skóra mi się robi między kciukiem a palcem wskazującym. Pomocny okazał się krem z masłem karite. Jak wiadomo, masło shea ma kilka procent substancji niezmywalnych, które pozostają na skórze, chroniąc ją przed wysuszaniem, wiatrem, zimnem, a nawet słońcem lato. Mój krem jest o zapachu pomarańczy… pachnie bardzo intensywnie. Są też inne zapachy, np. waniliowy, zielona herbata. Krem ma witaminy A, E, działa zmiękczająco, łagodząco. Lubię go. Poza tym jest produkowany w Niepołomicach, więc wspieram jednocześnie lokalny biznes.

Krem do rąk Scandia Cosmetics – cena – 18,70 zł/70 ml

SZAMPON DO WŁOSÓW

Próbowałam przeróżnych szamponów. Takich za kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt złotych. No i cóż… okazało się, ze ten najdroższy działa na moje włosy zdecydowanie najlepiej. Zawsze miałam problem z tym, że moje włosy były przesuszone, po umyciu trudne do rozczesania, a co najgorsze – wypadały mi garściami. Problem minął odkąd używam szamponu morskiego z Dr. Nona. Kosztuje sporo, ale wystarcza mi na bardzo długo. Ma cudowny świeży zapach. Moje włosy są lekkie, miłe w dotyku, mocne i co najlepsze – nie wypadają. Szampon bardzo je wzmacnia. W tym przypadku zachwyt ogromny.

Szampon morski Dr. Nona – cena 68 zł/250 ml

Mam jeszcze kilak kosmetyków do makijażu, nie są BIO, są z Rossmana. Buu… Przymierzam się do zakupu takich z certyfikatami, bo znalazłam całkiem niedrogą serię…

A Wy jakich kosmetyków używacie?

Pozdrawiam,
L.

środa, 23 kwietnia 2014

Ja wiem, że mam to, co chcę, a Ty?

Od stycznia cierpię na brak weny twórczej, jakiejkolwiek weny wypadałoby napisać. To za sprawą szoku, który nieprzerwanie od owego styczniowego dnia trwał. Ale już nie trwa. Niespodziewane wieści zostały przyjęte, zaakceptowane i polubione. Like it. Jakby mogło być inaczej. Ich oswajanie zajęło mi prawie cztery miesiące, ale udało się, mój stan normalności wrócił do normy. A wraz z nim: posty, wzmożona reklama, innowacje w MELASIE i mnóstwo nowych pomysłów.

Trochę zapomniałam o Miłości do tego sklepu, a traktowałam go przez ten czas jedynie jako miejsce pracy. Co więcej, miejsce pracy, do którego przychodziłam odbębnić swoje godziny. Ogłaszam wszem i wobec mocne postanowienie poprawy, bo kto jak nie ja, świecić przykładem pozytywnego nastawienia ma? Tyle o tym dobrym myśleniu się nagadałam, o wibracjach pozytywnych, o tworzeniu dobrej energii, a sama pozwalałam sobie na chwile beznadziejnego dumania o tym jak mi niedobrze. Ble, ble, ble. Dziś też trochę o tym, żeby się wziąć za siebie tak jak ja się wzięłam.


Nie będzie o jedzeniu ;) nie będzie o aktywności fizycznej, nie będzie nawet o zdrowym stylu życia. Choć po części może też… bo dla mnie na pierwszym miejscu jest psychika. Jednak nie taka psychika zwykła, a z sercem związana… a z kolei z tym związane jest dobre samopoczucie, a to wszystko, jakby nie było, na zdrowy styl życia się składa.


Jakiś czas temu odkryłam, że serce może samodzielnie myśleć, że nawet jest szybsze od mózgu i właśnie to ono do niego wysyła informacje, które ten przetwarza i obwieszcza światu, żeby nam wszystkim się wydawało, że to mózg jest takim fantastycznym i najważniejszym organem. A prawda jest inna. Przynajmniej ta prawda, którą ja uznaję. Oglądałam niesamowicie interesujący film, wciągnął mnie okrutnie, o polu człowieka, które znajduje się wokół niego, a w nim zapisane są wszystkie informacje dotyczącego naszego życia. W filmie mowa była o badaniu wykonanym na ludziach (tak, tak, ludzie wyrazili na to zgodę, w przeciwieństwie do zwierząt, które darem mowy nie zostały obdarzone) dotyczącym ich reakcji na widok zmieniających się zdjęć. Badani byli podłączeni do specjalnej aparatury, która owe reakcje kontrolowała. I tak z badań wynikły dwie szalenie ciekawe rzeczy: primo, zanim mózg badanego otrzymał informację o tym, co widzi, serce już odczuwało emocję – negatywną na widok smutnego obrazku lub pozytywną na widok czegoś wesołego; secundo, badany zanim zobaczył obrazek już reagował jakby przewidując, co nastąpi. Czy mamy zatem zdolności telepatyczne? Ja wierzę, że mamy. Ale wszystko, co dobre się u nas zatraca albo zapominamy o tym na rzecz „nowych technologii”. Zamiast rozwijania zdolności telepatii czy może przystępniej – intuicji – wszczepią nam chipy, żeby mieć nad nami jeszcze większą kontrolę niż już mają. O secundo dziś nie będę pisać, bo to wdzięczny temat na inny post. O primo chętnie :-) Bo uwierzyłam w serce, w dobroć, w wdzięczność.





Był kiedyś taki film „Sekret” i ja sobie go czasem oglądam, co by sobie pamięć odświeżać. Na milion procent ma mnóstwo swoich entuzjastów, jak na przykład mnie, ale i też mnóstwo x2 przeciwników. W sumie, to trudno się dziwić… Film jest bardzo kiepsko zrobiony i można potraktować go momentami jako komedię. Ale niezaprzeczalnie (dla mnie) przekazuje pewną fantastyczną myśl, której ja zaufałam. Sekretem jest prawo przyciągania. Przyciągamy i te dobre i te złe rzeczy. Prawo jest ściśle powiązane z teorią kreowania rzeczywistości za pomocną swoich myśli, wyobrażeń. Można by to wykpić, że to bujda na kółkach, że to zabieg marketingowy, że to ściema, która twórcom przyniosła ogromne bogactwo. Ale czy bogactwo jest czyś złym? Według mnie wręcz przeciwnie – żyjemy, by się cieszyć życiem, czerpać z niego, ile się da, nie zostaliśmy stworzeni do życia w ubóstwie. Zatem jeśli komuś się udało tak swoim życiem pokierować, by pływać w prywatnym basenie tuż obok domu, to dla mnie jest wzorem, a nie obiektem zazdrości i podejrzeń. Kontynuacją i zarazem pogłębieniem wiedzy na temat prawa przyciągania jest książka „Siła” i to właśnie ją teraz studiuję i mam zamiar wdrażać w życie. Ba, już wdrażam. Jeśli od razu zdradzę, że ową Siłą jest Miłość, nie zepsuję komuś czytania, bo mowa o tym już od pierwszych zdań. A więc, Miłość i serce są ściśle ze sobą związane, czyż nie? I to nie tylko symbolika.

Czakra serca odpowiada za naszą Miłość, za to jak kochamy. Jeśli czakra działa bez zarzutu, to odczuwamy spokój i harmonię, ponieważ ufamy wszechobecnej Miłości. A gdy ufamy, to żyje nam się łatwiej. Dlaczego? Bo sęk w tym, by zaakceptować to, co się nam przydarza, bez względu na to, czy w danej chwili czujemy, że to dla nas dobre czy złe. To ma się dziać i już. Oczywiście dzięki wiedzy na temat tego, że do swojego życia wszystko przyciągamy, możemy tak wczuć się w kreatorów życia, że wyreżyserujemy sobie same dobre zdarzenia. I o to chodzi. Za każdym razem, gdy zabieram się za ten temat, czytam, oglądam filmy, szukam naukowych dowodów, przepełnia mnie entuzjazm i ogromne chęci tworzenia. A wówczas dzieje się wiele świetnych rzeczy. Czegoś chcę, a to się szybko materializuje. Od zawsze tak miałam, nawet gdy o prawie przyciągania nic nie wiedziałam. Po prostu wszystko układało się tak jak sobie tego życzyłam. Gdy moje pozytywne nastawienie słabło i pogrążałam się w złych myślach, zamartwiając się mając lęki przed każdym dniem, to też złe rzeczy do mnie przychodziły. Łatwo się mówi. Wiem. Jeszcze nie dostałam od życia tego, na czym tak bardzo zależy mi od pewnego czasu – są to materialne rzeczy. Ale pracuję nad tym każdego dnia, nie ma wieczoru przed pójściem spać czy poranku po przebudzeniu, bym nie myślała o tym, czego pragnę. I głęboko wierzę, że wszystko tak się układa, żeby wreszcie mogło do mnie przyjść na przykład wymarzone mieszkanie. Gdy zastanawiałam się nad sensem tego, co mi się „przytrafiło” (mowa o wieściach styczniowych), doszłam do wniosków, że sama tego chciałam. Może nie było to uświadomione, jednak w podświadomości zapisało się tak mocno, że nie mogło się potoczyć inaczej. Pragnęłam bezwarunkowej Miłości i ją otrzymałam. Co więcej w terminie, który sobie sama dwa lata temu przepowiedziałam.  A w moim życzeniu były zawarte wszystkie 3 klucze…

Klucze Siły:

MIŁOŚĆ – zakochaj się w życiu na nowo! Wiosna to idealny okres – przyroda budzi się do życia, trawa i liście robią się zielone, kwiaty niesamowicie pachną (nie mogę się doczekać aż zakwitną konwalie), wszystko aż krzyczy do Ciebie, by się tym zachwycić. Kochaj wszystkich i wszystko. Co z tego, że ktoś jest niemiły albo odzywa się buracko – trzeba się z tego śmiać. Kochaj wszystkie uczucia, rzeczy, cechy. Znajdź moment na to, by wymieniać wszystko, co kochasz – to, co już masz w swoim życiu i to, co chciałbyś w nim mieć. Nie przestawaj czuć tych pozytywnych emocji nawet na chwilę!

WDZIĘCZNOŚĆ – staram codziennie rano pisać, za co jestem wdzięczna. To wprawia mnie w świetny nastrój, ponieważ codziennie uświadamiam sobie, ile dobrego mnie w życiu spotkało. Dziękuję za Partnera, za Rodzinę, za MELASĘ, za dach nad głową, za organiczne jedzenie, za to, że mam mnóstwo energii… Za ogromną ilość przeróżnych rzeczy i materialnych i niematerialnych. To naprawdę super ćwiczenia, które sprawia, że zaczynam dzień w wyśmienitym humorze. Jest to bardzo proste, ale daje dużo radości, gwarantuję Wam. Aa poza tym to dziękuję sobie w myślach za jakieś błahostki, wszystkie. Sobie, bo tylko sobie zawdzięczam to, co się dzieje. Dziękuj za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

ZABAWA – nic tak nie umila życia jak zabawy i swawole! Jako dziecko, bez problemu wymyślałeś przeróżne rzeczy, zabawy, postaci, historie. Teraz też to rób. Wyobrażaj sobie swoje życie takim, jakie chcesz by było tak jakby się to już działo. Urzeczywistniaj w ten sposób swoje marzenia. Czuj ekscytację, śmiej się z tego, czuj się z tym dobrze.

„Logika zaprowadzi Cię z punktu A do punktu B.
Wyobraźnia zaprowadzi Cię wszędzie.”
                                                                                                                                                                                                                                       Albert Einstein


Fajnie jest w coś wierzyć. Coś robić ze swoim życiem. Pracować nad sobą. Fajnie jest kochać swoje życie, ludzi, przyrodę, pracę. Bo gdy kochamy, to Miłość do nas wraca. A nie ma ani jednego człowieka na świecie, który nie chciałby być kochany.




Czy w to wierzysz czy nie, nie ma to dla mnie znaczenia. Czy jest to prawdą, czy wielką ściemą też znaczenia nie ma. Bo wiara w istnienie prawa przyciągania daje mi tyle satysfakcji na co dzień i tyle wiary w to, że wszystko się uda, że rzeczywiście się udaje :-) A to jest najlepsze uczucie :-)

Powodzenia,
L.



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Zdrowie to wyraz Miłości do samego siebie

No i mamy nowy, 2014 rok. Uf. Cieszę się bardzo. 2013 mnie nie rozpieszczał. Albo raczej sama siebie nie rozpieszczałam, bo się stresowałam, zamartwiałam, przejmowałam nadprogramowo. Tak, to wszystko ja, która tyle o pozytywnym nastawieniu mówię. Ja głęboko wierzę w moc dobrych myśli, wierzę, że one mogą poukładać wszystko tak jak sobie tego życzę, wierzę, że mogą zdecydowanie polepszyć jakość życia. I staram się bardzo, pracuję nad tym, uczę się dbania o higienę psychiczną. Dziś jednak nie o tym. Dziś o postanowieniach noworocznych, które właściwie uważam za te najczęściej niespełniane, jednak zakładając, że każdy dzień jest idealnym dniem na wprowadzenie zmian, to czemu nie miałby to być 1.01.2014.

Poza tym koniec starego i początek nowego, stanowi dobry moment na analizę, przemyślenia, o czym zapominamy na co dzień, goniąc nie wiem za czym. Tiaa... Postanowienia, których wprowadzenie chciałabym polecić, to małe rewolucje stylowo-życiowe. Małe, malutkie wręcz, banalne, oczywiste, nic prostszego być nie może. Zatem, kto z czytających ten tekst nie chce być zdrowy? Kto nie chce mieć full energii? Kto nie chce mieć dobrego samopoczucia dzień w dzień, noc w noc? Kto nie chce, by jego ciało bez problemu przebiegło 10 kilosów? Ja chcę. Od razu mówię, że chcę, choć nie myślcie sobie, że taka jestem uchachana od rana do wieczora codziennie, bo mam też swoje humorki; wolałabym ich oczywiście unikać, ale człowiek to skomplikowany stwór jest, któremu ciężko do podświadomości i świadomości coś wbić. Ale ja spróbuję, co by samej sobie po-utrwalać i odświeżyć pewne informacje.

Pragnę zdrowia. Takiego, który dawałby mi kopa codziennie w tyłek, żeby wstać wcześnie, bo od nadmiaru energii już nie mogłabym wyleżeć pod cieplutką kołdrą. W tym momencie, mogę powiedzieć, że jestem zdrowa, co normalnie rozumiemy jako stan bez choroby, czyli kataru nie mam, kaszel mi nie dokucza, nic grubszego chyba w środku się nie tworzy. Zdrowie jednak jest dla mnie czymś więcej. Jest stanem spokoju, harmonii, radości, wewnątrz i na zewnątrz, jest stanem pełnego fizycznego i psychicznego dobrego samopoczucia. Gdy się zacznie rozkładać na czynniki pierwsze Z-D-R-O-W-I-E, to mogłoby się okazać, że niewielu z nas może się taką pełnią sił pochwalić. Zdrowie to wyraz Miłości do samego siebie. Dlatego pytam siebie, czy to co, co akurat spożywam mi służy. Człowiek żyje po to, by być szczęśliwym i jedzenie tego, co sprawia nam przyjemność można by uznać za wyraz swego rodzaju hedonizmu i troski o własne zdrowie psychiczne. Bo jakże często słyszymy, by sobie nie odmawiać tego czy tamtego. "Ty to możesz, Ty nie przytyjesz, Tobie nie zaszkodzi." A jeśli moje odmawianie sobie czegoś, mimo mojej wielkiej ochoty by to zjeść, jest jak najbardziej słuszne, bo nie tylko jest to dbałość o własne ciało, ale również zwycięstwo tej dobrej strony charakteru nad tą złą? Dziś o zdrowiu bardziej fizycznym, jednak gdy z nim jest wszystko O.K. to czyż pozytywnie nie wpływa na zdrowie psychiczne? Cóż, nie da się tego rozdzielić, choćbym nie wiem jak bardzo się starała.

Zmiana.

Odwiedza mnie Pani, schorowana, to znaczy wiele w swoim różnych chorób przeżyła, wiek 71 lat (na oko dałabym Jej 10 lat mniej). Robi zakupy opowiadając mi, że jest na emeryturze, że leczy się u bioenergoterapeutów, lekarzy medycyny naturalnej, ćwiczy jogę, je zdrowo... Z ogromną przyjemnością tej Pani słuchałam i w sercu jakoś mi tak ciepło się zrobiło i radość mnie ogarnęła, że tak ludzie siebie dobrze traktują. Ale wiecie co? Pani powiedziała jedną bardzo mądrą rzecz. Że żałuje, że dopiero jako Seniorka uświadomiła sobie, jakie to wszystko jest ważne, że tak późno zaczęła swoją przygodę z jogą, ze zdrowym jedzeniem, z naturalnym leczeniem. Mój komentarz brzmiał: "Lepiej późno, niż wcale", ale ta Pani miała oczywistą rację. Za późno się budzimy. Żyjemy, jakby nie było, we wspaniałych czasach pod względem dostępu do informacji. Niestety, info, które serwują media to jedna wielka papka nasycona negatywnym przekazem (nie bez celu of course), ale mamy prawo wyboru. Nie musimy oglądać tv, nie musimy śledzić portali informacyjnych. Za to możemy czytać to, co nas interesuje, oglądać filmy, słuchać wywiadów, możemy czerpać wiedzę z nieograniczonych źródeł. Wystarczy chcieć. Wiedza leży na ulicy, wystarczy sięgnąć po nią ręką. Teraz mam lat 25, do 70 zostało mi 45, a zatem mam prawie pół wieku na to by się opamiętać i zacząć żyć naprawdę z UWZGLĘDNIENIEM PRAWDZIWEGO DBANIA O SAMĄ SIEBIE. To, co chcę powiedzieć, to to, by ową zmianę wprowadzić jak najwcześniej. Już teraz, dziś, w tej chwili. Nie czekajmy. Nie marnujmy czasu. Codziennie możemy wpaść pod koła pędzącego samochodu. Codziennie jest dobry moment na to, by zacząć myśleć samodzielnie. Walczysz o prawa zwierząt? Troszczysz się o bezdomnych? Jesteś wolontariuszem w domu opieki społecznej? Oddajesz 10% na cele charytatywne? Wszystko pięknie! Ale czy tak samo dbasz o samego siebie? Ja jestem na pierwszym miejscu. To nie wyraz egocentryzmu, a zdrowego myślenia.

Najlepsze jedzenie, aktywny tryb życia, prawidłowe oddychanie - tego nam wszystkim potrzeba. Kiedyś nie trzeba było o tym nic pisać, ludzie wiedzieli o tym, było to naturalnym sposobem życia. Każdy miał swój ogródek, w którym hodował warzywa, każdy miał swój sad, każdy musiał sam o to dbać, własnymi ręcami plewić. Wtedy jeszcze żaden mądrala nie wpadł na wyprodukowanie śmiercionośnych (zatrucie organizmów syfami zjadanymi z żywnością jest jedną z przyczyn plagi nowotworów) substancji chemicznych, którymi teraz masowo pryska się wszystkie rośliny. W lato na wsi, niedaleko Krakowa, bywają dni, że nie da się wyjść z domu, tak śmierdzi tym dziadostwem. No bo teraz liczy się tylko więcej, więcej, więcej, nie liczy się jakość.

Obalę kilka mitów:

1) nie mam pieniędzy na zdrową żywność - najłatwiej tak powiedzieć, mam na nową bluzę za 200 zł, mam na wczasy w Hiszpanii, ale nie mam na to, by dziecku kupić zdrowe jedzenie. Nie widzicie w tym absurdu? Nie będę bajek opowiadać, że w sklepach ze zdrową żywnością wszystko kosztuje tyle samo, co w marketach, bo tak nie jest. Jest drożej, czasem dużo drożej. Wszystko rozchodzi się o planowanie zakupów, o wartościowanie, o to na ile zależy nam na samych sobie. Wchodząc do marketu pakujesz do wózka ile wejdzie, kupujesz oczami, magazynujesz, bo Ci się wydaje, że zjesz, a potem wyrzucasz do kosza na śmieci. Robiąc zakupy eko, kupujesz produkty te, których rzeczywiście potrzebujesz, które wiesz, że zużyjesz. Kupujesz drożej = bardziej szanujesz. Nie potrzebujemy na co dzień jakiś wymyślnych posiłków, potrzebujemy prostego, ale pożywnego jedzenia, które dostarcza nam związków odżywczych. Jedzenie z marketu takich nie posiada.

2) nie mam dostępu do sklepu ze zdrową żywnością - bla, bla, bla, a sklep internetowy to co? U nas przesyłka kosztuje 16,50 zł. Nie wychodzisz z domu, wybierasz co potrzebujesz, jesteś w stałym kontakcie z nami. Przeliczałeś, ile kosztuje dojazd po zakupy samochodem? Wlicz w to benzynę, opłatę za parking, czas, który musisz na to przeznaczyć. Czy nie opłaca się zamawiać przez internet?

3) nie ma tak naprawdę ekologicznych warzyw i owoców - najlepszą obroną jest atak! Są warzywa i owoce bio, potwierdzają to certyfikaty. Mało, prawda? Mamy Klientów, którzy są uczuleni na pestycydy, zjadając coś konwencjonalnego, cierpią bardzo, mają bóle, wymioty... Zjadając kupione warzywa u nas, nie mają żadnych objawów, poza dobrym samopoczuciem.

4) jem dużo warzyw i owoców lub jem same warzywa i owoce - uwaga, warzywa i owoce z marketu mają o wiele mniej związków odżywczych niż te z upraw ekologicznych. A jednocześnie dostarczają tablicy Mendelejewa. Smacznego.

Nie jestem ortodoksyjna. Nie jem w 100% zdrowej żywności, bo musiałabym zawsze wozić ze sobą szamę w pudełeczku. I nie o to chodzi, by dać się zwariować. Chodzi o to, by nie tylko zacząć widzieć różnicę, ale by zacząć wprowadzać w życiu zmiany na lepsze. By nie obudzić się z rakiem.

Wybierz zdrowie.

Wybierz zdrowe jedzenie, wybierz aktywność fizyczną, wybierz tak, byś za 50 lat jeździł na wycieczki po całym świecie, a w sylwestra mógł przetańczyć całą noc.

Wybieram zdrowie. Wybieram siebie.

Pozdrawiam ciepło.
L.

P.S. "Świat jest taki, jakim go tworzymy Ty i ja"